Goście i prezentacje festiwalu 2017 Kudowa - Zdrój

.


. .

Pavel Trojan - Wolna Republika Žižkov. Praga nieznana

Pavel Trojan opowie o nieznanej twarzy stolicy naszych czeskich sąsiadów – zwyczajnej, a jednak bardzo nietypowej dzielnicy Žižkov – kiedyś stanowiącej trzecie największe miasto w Czechach. Dowiemy się także o stosunkach panujących pomiędzy Czechami i Polakami oraz różnicach w mentalności, marzeniach czy stylu życia, które od 20 lat obserwuje praski polonista.
Prawie każde miasto w Europie ma swój mały, praski Žižkov. Mają go również polskie miasta: Warszawa - Pragę, Kraków - Podgórze, Gdańsk - Stare Przedmieście. To dzielnice, które nie ulegają przymusowi podobania się wszystkim.
Pavel, jako prezydent Wolnej Republiki Žižkov otwiera kolejne konsulaty tego samozwańczego „państewka”. Następny, czwarty już w Polsce, powstanie w Kudowie-Zdroju, właśnie w czasie festiwalu. Obowiązki konsula, którego zadaniem będzie publiczne adorowanie i sławienie Žižkova, przejmie dobrze znany festiwalowej publiczności, lokalny, kudowski patriota, a jednocześnie wielki czechofil – Wojtek Heliński.

Pavel Trojan

image2

Urodzony w Pradze 02.03.1979 r. Studia slawistyczne na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Karola w Pradze, specjalizacja polonistyka-serbistyka. Podczas studiów pobyty studyjne w Katowicach, Lublinie, Wrocławiu, Belgradzie, Zagrzebiu. Od 1999 r. licencja przewodnika po Pradze, w latach 2010-2016 ekspert programowy w Instytucie Polskim w Pradze oraz wspólpracownik POT-u w Republice Czeskiej. Autor książek i przewodników: Zabili nam Ferdynanda (CZ - 2014), Bośnia i Hercegowina (CZ, D - 2014), Wolna republika Žižkov (CZ, PL, EN - 2015), Polska (CZ - 2015), Polskie Pomorze (CZ - 2016), w planach na ten rok jeszcze Serbia (CZ) oraz Polski Śląsk (CZ). Jest lokalnym patriotą praskiej dzielnicy Žižkov, z której pochodzi kilka generacji jego przodków, w kamiennicy swego dziadka otworzył piwną kawiarnie Republika Žižkov, w planach jest pierwsze muzeum Žižkova na świecie. Od 2016 r. na pełny etat manager muzyczny oraz samozwańczy prezydent Wolnej Republiki Žižkov.

img 1889.img 1949.trojan00124


.

Marcin Obałek - Traktoriada, czyli Traktorem przez świat

Traktoriada, jako pomysł na przemierzenie świata ciągnikiem rolniczym, zrodziła się w głowie Marcina Obałka już w 2000 roku. Dwa lata później, dzięki współpracy z ówczesnym zarządem firmy Ursus, wylądował u brzegów Ameryki Południowej wraz z Ursusem 6014. Nim to Obałek przemierzył ponad 20 000 km przez Urugwaj, Argentynę, Chile, Peru i Boliwię. Wyprawa trwała kilka lat, aż do upadku firmy – prawnego właściciela traktora, co uniemożliwiło jej kontynuację.

Idea okrążenia kuli ziemskiej traktorem nie gasła jednak w głowie podróżnika. Z filmami, zdjęciami i relacjami zgromadzonymi przez lata pobytu w Ameryce Południowej, Marcin Obałek krążył po Polsce. Opowiadał dzieciom i młodzieży szkolnej, publiczności festiwali podróżniczych, czy spotkań w ośrodkach kultury, o tej niezwykłej przygodzie i zachęcał do podejmowania życiowych wyzwań i realizowania marzeń. Własne marzenie postanowił ziścić w tym roku. Na początku stycznia wyruszył więc starym Ursusem 328 (rok produkcji 1964), wyremontowanym przez pasjonatów z Klubu Stary Traktor Bieszczady, zaopatrzonym w przyczepkę Niewiadów. Bez kabiny, za to z zamontowanymi dodatkowymi fotelami, halogenami oraz powiewającą polską flagą, 4 stycznia traktor ruszył spod Zakładów Doświadczalnych Zootechniki, Hodowli Zarododowej Bydła Simentalskiego w Odrzechowej w Bieszczadach, gdzie odbyło się uroczyste otwarcie wyprawy. Wraz z Piotrem Śliwińskim, podróżnikiem, który świat okrążył już 10 razy, przy siarczystych mrozach dotarli do Bańskiej Bystrzycy na Słowacji. Temperatura na granicy sięgała – 37 st. C i gdyby nie puchowe, himalaistyczne kombinezony, mogłoby się to nie udać. Po kilku dniach pauzy, z Bańskiej Bystrzycy wyjechali w ekipie powiększonej o Monikę Filipiuk-Obałek, która jest zawodowym fotografem i zapewnia oprawę zdjęciową wyprawy oraz Urszulę Kisiel-Pańko, odpowiedzialną za nagrania filmowe. Wciąż przedzierając się przez śniegi, ale już nie w tak ekstremalnej temperaturze, podróżnicy przemierzyli Słowację, Węgry i dotarli do Słowenii. Po drodze gościła ich m.in. węgierska Polonia w Veszprem, pojawiały się wywiady i relacje w zagranicznych stacjach TV oraz prasie. Traktor bowiem zwraca na siebie uwagę i wywołuje spore zainteresowanie. W słoweńskim Ptuju dogonił ich nawet polski kierowca, który zawrócił z trasy, by móc przywitać się z nietypową ekipą, o której usłyszał w polskich mediach. Nad skutym lodem Balatonem przyszło im spędzić wieczór, by załatać drobny przeciek z baku paliwa. Dłuższy zaś postój nastąpił w Lublanie. M.in. odbywające się w tym czasie największe na Słowenii targi turystyczne Natour Alpe-Adria Fair stały się okazją do odwiedzenia imprezy unikalnym pojazdem. Zaskakująca przygoda zdarzyła się zaś nad jeziorem Bled. Traf chciał, że Marcin Obałek stał się świadkiem wypadku, kiedy pod turystą załamał się lód na jeziorze i jednocześnie bohaterem lokalnych mediów, kiedy własnoręcznie wyciągnął niedoszłego topielca.

Traktor rusza z impetem dalej i poruszając się ze średnią prędkością 25 km/h w połowie marca osiągnąć ma brzegi Afryki. Przed nim droga do Etiopii, gdzie siedzibę ma zaprzyjaźniona firma rolnicza, a potem na wschód – oceania i Australia, Ameryki i Azja. Poza dobrą zabawą, czerwony ciągnik ma być nośnikiem promocji Polski i polskich produktów – firm i producentów, którzy zechcą przyłączyć się do idei otwarcia na świat. Ponadto, jako Stowarzyszenie Czysty Świat, którym kieruje Marcin Obałek w ramach jego projektu pt. Mobilne Centrum Kultury, w ciągu roku ekipa Traktoriady przeprowadza ok. 150 spotkań i warsztatów dla dzieci i młodzieży, zwłaszcza w miejscowościach oddalonych od dużych ośrodków miejskich. Na ten cel zbierane są fundusze od firm i osób prywatnych. Każdy ponadto może przyczynić się do współtworzenia legendy polskiego traktora przemierzającego świat, przeznaczając 1% podatku na ten cel. KRS 0000 401501 z dopiskiem „Akademia Traktoriady”. Wszelkie szczegóły na stronie www.traktoriada.org

Marcin Obałek

17198380 1345578208818732_884578245_n

Marcin Obałek – począwszy od 2002 r., w ramach projektu "Traktoriada", przemierzył ciągnikiem rolniczym, ponad 20 000 km przez 5 krajów Ameryki Południowej. W Amazonii wpadł na ślad zaginionej cywilizacji i powołał do życia Polską Ekspedycję Amazońską. W jej ramach, wraz z Boliwijskim Ministerstwem Kultury, jako jedyny polski zespół w Amazonii prowadzi prace archeologiczne.

W 2015 r. „maluchem”, w asyście 2 trabantów i jako członek zespołu Transtrabant, przejechał 6000 km przez bezdroża i pustynie Australii. Uczestniczył w realizacji filmu kinowego oraz serialu dla czeskiej telewizji „Trabantem, aż do ostatniego tchu”. W ramach detoksu od spalin, wraz z żoną Moniką, od 2009 r. realizuje projekt „Z KOPYTA – Konno Dookoła Świata”. Przejechał w siodle ok. 2 000 km na 4.kontynentach. Obecnie realizuje wyprawę traktorem do Afryki. Wicej na www.traktoriada.org i www.facebook.com/TraktoriadaTea

img 4089 kopia.img 3880 kopia.img 3167


.

Szymon Kuczyński Ozi i Dobrochna „Brożka” Nowak - Łupinką dookoła świata - rejs Maxus Solo Around

Po rejsie "Łupinką przez Atlantyk" Szymon Kuczyński nie mógł długo usiedzieć na lądzie. Na malutkim, mazurskim jachcie bez silnika wypłynął w samotny rejs dookoła świata. 6,5 metrowy "Atlantic Puffin" stał się jego pływającym domem na 16 miesięcy. 266 dni spędził na oceanie z kilkoma krótkimi postojami w portach. Zmagał się z różnymi warunkami pogodowymi – od okresów długiej ciszy na Pacyfiku, kiedy zawzięcie wiosłował by jakkolwiek się poruszać, do bardzo ciężkich sztormów, w których fale zalewały jacht i stracił m.in. autopilota i telefon satelitarny. „Na niebie słonce, a dookoła zieleń, walczyły z bielą. Fale 7-9 m. Gdy trafiłem na łamiący się grzywacz, to po prostu kładłem się płasko i trzymałem, by mnie nie zmyło za burtę. W porywach wiatr osiągał siłę huraganu...”. Szymon wypłynął z Wysp Kanaryjskich w listopadzie 2014 i żeglował trasą pasatową przez Atlantyk, Ocean Spokojny, Cieśninę Torresa i Pacyfik. W czasie rejsu odwiedził m.in. Panamę, Markizy, Australię i Wyspę Bożego Narodzenia. 4 marca 2016 zamknął okołoziemską pętlę, wpływając do portu w Las Palmas, skąd wyruszył 1,5 roku wcześniej.

Duet "Zew Oceanu" czyli Szymon i Brożka swoimi rejsami jak od lat pokazują, że żeglarstwo jest sportem bezpiecznym i może być dostępne dla wszystkich. W czasie prezentacji opowiedzą o realizacji marzeń, "crash testach" jachtu (czyli damskim rejsie na Islandię) oraz logistyce i realizacji samotnego rejsu."

Szymon Kuczyński 'Ozi' i Dobrochna Nowak 'Brożka'

ozi i_broka

On - żeglarz, instruktor, szkutnik, kurier rowerowy, miłośnik pokonywania długich dystansów. Pływał na statkach, prowadzi rejsy w różnych częściach świata, przeprowadza jachty, jest instruktorem na obozach i rejsach szkoleniowych. Pomysłodawca i główny organizator projektu Zew Oceanu. Obecnie jeden z najbardziej doświadczonych polskich żeglarzy samotników. Ona - żeglarz, instruktor, geograf. Żeglarstwem obciążona genetycznie. Tester jachtu w damskim rejsie na Islandię i team brzegowy ogarniający rzeczywistość żeglarza samotnika. Za swoje wybryki (o dziwo) nagradzani najważniejszymi polskimi nagrodami (tytuły Żeglarza Roku 2014, 2015 i 2016, wyróżnienia na Kolosach, Rejs Roku - Srebrny Sekstant).

g0185802.img 6869.img 9656


.

Jakub Rybicki - Greenland Ice Trip

Jakub Rybicki opowie o mrożących krew w żyłach wyprawach rowerowych w najzimniejsze zakątki planety. Czy jazda rowerem po zamarzniętym najgłębszym jeziorze świata to na pewno dobry pomysł? Czy może lepiej jeździ się po skutym lodem oceanie? Czy wielkość (kół) ma znaczenie? Podróżnik opowie o swojej ostatniej wycieczce rowerowej, podczas której, razem ze swoim kompanem - Pawłem Wichrem, jako pierwsi Polacy, porwali się na zimowy przejazd rowerami przez góry, jeziora i fiordy Grenlandii. Pokaz sponsorują kolory: czarny (jak “czarno to widzę”), biały (jak “nic nie widzę”) i inny niż wszystko (jak “czegoś takiego jeszcze nie wiedziałem”). W programie również tradycyjne ból, pot i łzy, przepiękne widoki i dobrzy ludzie. Wszystko okraszone porządną dawką znakomitej fotografii i filmu."

Jakub Rybicki

jakub rybicki

Jakub Rybicki – z wykształcenia wschodoznawca i socjolog – co stale każe mu pchać się na Wschód, który kocha szczerze, ale nie wie, czy z wzajemnością. Z pasji i zawodu fotograf, laureat licznych nagród fotograficznych. Zimowy jeździec rowerowy. Autor książki Po Bajkale, współpracownik magazynów i portali podróżniczych. Kolekcjoner dziwnych czapek, okazjonalny alpinista, ostatnio himalaista. Rowerem, autostopem, konno i samochodem przejechał około 50 krajów. W podróżach szuka prawdy, dobra i piękna.

więcej na: www.jakubrybicki.pl

dsc 7339.dsc 8401.dsc 9008


.

Jurek Arsoba - Dziurawa Syberia, czyli autostopem do gigantycznych kopalni diamentów

Jurek Arsoba pokaże zdjęcia i opowie o wyprawie dwóch szczecińskich podróżników i fotografów (Jurka Arsoby i Igora Skawińskiego), do położonych w północnej Syberii kopalni diamentów. Spełnili swoje marzenie sprzed 7 lat, gdy to po raz pierwszy odwiedzili daleki wschód Rosji, pokonując Kołymski Trakt 2200 km od Magadanu do Jakucka. We wrześniu 2012 ich podróż przez Jakucję (największy obszar administracyjny na świecie) trwała prawie 3 tygodnie. Przemierzyli autostopem i pieszo ponad 4000 km, docierając "na koniec świata" do największych w Rosji i jednych z największych na świecie dziur w ziemi - gigantycznych kraterów - odkrywkowych kopalni diamentów. Po drodze spotykali samych życzliwych mieszkańców. Nie zabrakło przygód - np. znaleźli się w areszcie dla maszyn górniczych, które tydzień wcześniej wzięły udział w wypadku - wybuchu metanu. Kierownik największego krateru w Rosji: "Pracuję tu 18 lat. W tym czasie byli tu turyści z RPA, USA, Japonii i Australii. Ostatni z nich około 3 lata temu. Ale nikt nie przyjechał autostopem!

Jurek Arsoba

594

Podróżnik, fotograf, operator kamery, organizator turystyki trampingowej, imał się w życiu jeszcze kilkunastu innych profesji. Na podróżowanie "zapadł" poważnie dawno temu... i ma nadzieję - nieuleczalnie.

039 ds2012.564.662


.

Emil Witt - Na tratwie z prądem rzeki Madre de Dios

Marzenie spełnione – w końcu zobaczyłem niekontaktowanych Indian! Po 4 latach! No i udało się dopłynąć tą zwariowaną, zrobioną z Łukaszem tratwą aż do Boca Colorado! Indianie wyrzucili nas w puszczy i tam półtora dnia robiliśmy tratwę z tego co było na miejscu. Później górnym biegiem rzeki Madre de Dios płynęliśmy razem do wioski Indian Yine – Diamante. Na tym odcinku Łukasz niestety odniósł obrażenia kiedy z dużą prędkością wpadliśmy naszą tratwą na wyrzucone kłody w rzece. Pomogłem koledze znaleźć transport do cywilizacji, pożegnaliśmy się i zostałem. Dzięki Łukasz za te pierwsze dni podróży, wiele się od Ciebie nauczyłem! Później załatwiłem wiosło, żeby mieć większy wpływ na to czy podczas samotnego spływu walnę w pniaki na rzece czy nie – wcześniej mieliśmy tylko tanganę – badyle z dzikiej trzciny i tratwa żyła własnym życiem. Kolejne dni zostałem w wiosce Yines i przez pewien czas próbowałem napotkać Machscopiros – niekontaktowanych Indian, w jednym z dopływów Madre de Dios, aż w końcu się udało! Po tym spełnionym marzeniu, spełniłem kolejne: dalej zrobiłem 140 km samotnie na tratwie, z prądem rzeki, aż do wiochy w strefie kopalni złota Boca Colorado. I te gwieździste noce na plażach na skraju puszczy! Wspaniałe doświadczenie! Po tej przygodzie to w Amazonii czuję się, jak w domu, jak nigdy wcześniej.

Emill Witt

e. witt 4

Podróżnik, eksplorator, filmowiec, fotograf i wolny duch przede wszystkim. Po raz pierwszy wybrał się do lasów deszczowych w wieku 18 lat. W ramach buntu zniknął na dwa miesiące w brazylijskich lasach deszczowych. Po wyprawie zakończonej sukcesem już dokładnie wiedział jaką drogę obierze w życiu. Każdego kolejnego roku kontynuował poszukiwania ostatnich dziewiczych zakątków amazońskich lasów, docierał coraz dalej do Indian zachowujących dawną kulturę i uczył się od nich życia oraz przetrwania. W międzyczasie w Polsce posypały się dziesiątki wywiadów, audycji radiowych, artykułów, szkoleń, projekcji filmów, wystaw fotograficznych oraz setki prezentacji, którymi udowadniał za każdym razem, że pasja, podążanie za potrzebą serca prowadzą do spełnienia pozornie nawet najbardziej nieosiągalnych marzeń. Ostatnio Emil z przyjemnością oprowadza chętnych rodaków po swoich szlakach amazońskiej puszczy. Gdzie dalej? Syberia odpowiada krótko Emil.

e. witt 1.e. witt 5.e. witt 3


.

Martin Adámek - Podróż rowerem poziomym dookola Polski oczami Czecha

W swoich wyprawach, nie tylko rowerowych, zwraca szczególna uwagę na zabytki techniki oraz historię odwiedzanych miejsc. W czasie podróżniczych prezentacji zawsze star się inspirować do uprawiania aktywnej turystyki i ukazywać możliwości niezależnego podróżowania, na swój własny sposób.

Podróż na rowerze dookoła Polski trwała 41 dni, a jej trasa wyniosła 3544 km. Zaczęła się i skończyła, poniekąd naturalnie, w przygranicznym Nachodzie, gdzie urodził się i do dziś mieszka Martin. Jego relacja z wyprawy to swoista reklama Polski w czeskim wykonaniu. Będzie to znakomita okazja, aby dowiedzieć się jak nasz kraj i nas samych postrzega czeski sąsiad.

Martin Adámek

2015-hronov-bosna1

Czech, mieszkający w przygranicznym Nachodzie. Nauczył się naszego języka, aby komunikować się z polskimi sąsiadami. Rowerowy podróżnik, programista aplikacji internetowych i korepetytor technologi teleinformatycznych. Przez kilka lat pracował jako wykładowca w Katedrze Technologii Informacyjnych Wydziału Informatyki i Zarządzania Uniwersytetu w Hradec Králové. Autor wielu artykułów z różnych dziedzin, dwóch popularnonaukowych książek oraz trzech patentów. Uczy Polaków języka czeskiego.

pict5359x-jakoby-img 1315sopot-orez2.01-pict9308.pict1091


.

Wojciech Heliński Indochiny - Czas po Apokalipsie

Jeden papieros - 48 skuterów

Godzina 7.00. rano. Południowa Kambodża, blisko granicy z Wietnamem. Prowincjonalne miasteczko Takeo budzi się do życia. Zaparzywszy sobie pyszną, wietnamską kawę, wychodzę przed dom Pawła Be (Duszniczanin, mieszka tu od 2 lat). Wynoszę bambusowe krzesełko, siadam, biorę łyk kawy. Jest piękny, słoneczny poranek, po trzech dniach październikowego deszczu. Siedzę dwa metry od ulicy, która leniwie się ożywia. Trochę jak pięciolatek (mój wnuk Tomek), który najpierw długo się wybudza, by następnie tryskać niespożytą energią. Sto metrów w lewo jest targ, dwieście w prawo - krzyżówka do centrum. Wszystko wśród pól ryżowych, obecnie zalanych wodą, więc trochę jak w Krainie Tysiąca Jezior. Odpalam papierosa, pierwszy mach. Mija mnie pierwszy skuter. Mężczyzna (ojciec lub taksówkarz) wiezie trzech ubranych w mundurki chłopców. Pewnie do szkoły. Kolejny, chłopak obładowany drewnem, jakby kominkowym, ale po co komu tutaj kominek? Obok sąsiad otwiera sklep. Tuż przy mnie staje wygalantowany chłopak w eleganckim kasku. Pewnie jedzie do szkoły i zabierze po drodze dziewczynę. A nie, zabiera babcie starowinkę. Może podwiezie ją na wielki targ w centrum? Para małżeńska, potem dwie dziewczyny, raczej studentki. Elegancki pan w uniformie. Kobieta w piżamie, myślę tak, choć wiem, że to ich strój dzienny, powszedni. Z domu, a dokładnie z dużego pokoju, wyjeżdża Paweł. Jedzie na Duży Targ po bagietki - tam podobno są najlepsze. Wolniutko mija mnie obwoźny sprzedawca z 15 torbami „czegoś” i głośnikiem, z którego leci nagranie zachwalające towary. Kolejny pojedynczy, dwie pary, dwie trójki i wow, jak na razie rekordziści - małżeństwo z czwórką dzieci. Kobieta z czterometrowym kijem, rozszczepionym na końcu w formę kosza – do zrywania owoców z drzew. Policjant w eleganckim mundurze z rolką taśmy klejącej. Kolejna pani w piżamce, zbieraczka surowców wtórnych - na tylnym siedzeniu cztery worki puszek i wieka kupa kartonów. Potem pan, chyba taksiarz, kolejny w czapeczce, ciemnych okularach i konieczne z charakterystycznym wąsikiem. Tak podobno wyglądają typowi „ubecy”, skrywający się na prowincji członkowie Czerwonych Khmerów, partii która pod wodzą Pol Pota wprowadzając komunizm w Kambodży, wymordowała w latach siedemdziesiątych ponad dwa miliony swoich krajan. Zaraz za nim kolejny rekordzista w kategorii ilość ludzi – skuter ciągnie przyczepkę wielkości lawety, a na niej jakieś 12 osób. Dumni potomkowie twórców Angkor Wat - największej budowli sakralnej w historii ludzkości (Polska nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa), zbudowanej w XII wieku przy użyciu 4000 słoni i po jednym członku każdej rodziny z terenu królestwa. Sprzedawca garnków (jakieś 50 szt.), kobieta z praniem, facet wiozący dwie wielkie bryły lodu (każda wielkości podkładu kolejowego), pewnie na targ. Potem mija mnie Mo Lung, jedzie do pracy w banku. Macham mu jak stary znajomy (poznaliśmy się na urodzinach jego kolegi Salija, szliśmy po ulicy i chłopaki nas zaprosili. Mo tańczył, śpiewał, pił i dokazywał, a o 21.00 odebrał telefon - oj, mama dzwoni, sorry muszę iść do domu). Chłopaki z sąsiedztwa (1., 2. klasa podstawówki – rodzice ich wiozą), z którymi grywamy w piłkę na ulicy obok (mało ruchliwa). Dwie (6 - osobowe) drużyny na trzech skuterach. Helou krzyczą i pokazują na brzuch. Podczas meczu uwielbiają rozpędzać się i walić głową w mój brzuch, by odbić się radośnie. Jestem takim ich dmuchanym zamkiem. Po brzuchu lubi głaskać mnie też starsza pani karczmareczka z garkuchni na targu, gdzie jadamy. Kolejny mach. Obwoźny sklep z odzieżą i materacami. Facet z czterometrową, aczkolwiek wąską, łódką. Nastepny rekordzista w kategorii waga - wiezie dwa betonowe kręgi do studni – fakt, skuter, jak wiele tutaj, przerobiony i ma z tyłu dwa koła, ale zaliczamy go mimo to do naszej porannej parady jednośladów. Dostawca wody do sklepu (6 zgrzewek małych butelek 0,33). Od strony pól - obecnie jezior, cisną rybacy, pewnie do centrum, obładowani worami ryb, sieciami i wędkami (grupa 5 skuterów). Sprzedawca bagietek (wpływy Francuzów), kolejny dostawca lodu - tym razem cztery sztaby, ale ma półkę drewnianą na tylnym siedzeniu skutera, więc to zwiększona pojemność transportowa. Pani dyrektor biblioteki macha radośnie, w drugiej ręce niesie woreczek z zieleniną i plastrem boczku - będzie zupa. Kolejny mach, kolejne dwa skutery. Wszyscy kierowcy (no prawie wszyscy) w kaskach. Rząd Kambodży wprowadził bowiem w styczniu 2016 roku dwie szokujące regulacje prawne: a) że kierowca skutera musi mieć obowiązkowo kask - reszta pasażerów już nie; b) że nie wolno jeździć pod wpływem alkoholu. Podniosło to skutecznie jakość życia prowincjonalnych policjantów, dając kolejny pretekst do łapówek. Kolejny łyk kawy. Chłopak wiezie dwóch mnichów w pomarańczowych szatach. Trzech młodzików z około 10-cioma, trzymetrowymi kijami. Policjant, którego poznaliśmy trzy dni temu na wsi. Dosiedliśmy się w garkuchni, zaproszeni przez rolników popijających wino ryżowe (bimber extra strong), kilka minut później dojechał na skuterze solidnie nabąbiony pan policjant. Przysiadł się, porobił zdjęcia, wziął od Dominiki numer telefonu, zapraszał na chatę, walnął z nami kolejną flaszkę, odebrał telefon, ech żona, westchnął i pojechał. Potem zobaczyliśmy, że obstawia w Takeo tzw. Mały Targ. Macham mu, ale musiał być chyba wtedy na wsi nieźle wstawiony, bo jakby mnie nie kojarzy. A przecież ciężko jest nie kojarzyć w małym, nieturystycznym miasteczku, wielkiego, białego, brodatego człowieka o łącznej objętości czteroosobowej rodziny. Kolejny sprzedawca, pan z bosakiem i trzema płóciennymi workami. Pani starsza ze stalowym garnkiem (ok. 50l), chyba perogi? Jeszcze dymi. Chłopiec, góra dziesięć lat, pewnie wiezie mamę i… ups między nimi wciśnięte jakieś półroczne dziecko. Pod sklep sąsiada (podobno ORMO-wiec) podchodzą bosonodzy, pomarańczowi mnisi buddyjscy. Stają i się uśmiechają. Żona sklepikarza daje córeczce kilka banknotów, które mała wrzuca do torby na ramieniu mnicha. Cała rodzina wstaje, składa ręce na piersiach. Mnisi recytują modlitwę. Wszyscy się kłaniają. Popijam kawę i zaciągam się papierosem. Jeszcze kilka pojedynczych driverów, parę kilkuosobowych rodzin. Z domu wychodzi Sary, khmerska studentka, która mieszka nieodpłatnie (pochodzi z niezamożnej rodziny ze wsi gdzie uczył Paweł) na pięterku u Pawła. Ona jedyna idzie. Koreańska szkoła, gdzie się uczy jest 300 m stąd. Słyszę, że budzi się też Kazik (nomen omen z Kazimierza nad Wisłą). Pasjonat robali i pająków, penetrujący okoliczne lasy deszczowe celem pozyskania ciekawych okazów. Obecnie od tygodnia ranny w boju (upadek na skuterze podczas wyprawy zaopatrzeniowej – trudno zrozumieć lokalne przepisy ruchu drogowego). Jest godzina 7.04. Ostatni mach. Mija mnie 48. skuter. Kolejna piękna dziewczyna. W piżamie.

Hmmm… Może mi się to wszystko śni? No nie, ale czuję kawę. Gaszę papierosa, dopijam kawę. Pora obudzić Dominikę."

Wojciech Heliński

wh

Definicja Wojtka ukryta jest w Jego nazwisku - jest kimś rozpiętym między piekłem i niebem”.

Wojciech Heliński – urodzony i zakochany w Kudowie od 40 lat, poeta, aktor, dziennikarz, muzyk, performer, podróżnik, zawodowo marynarz, pracuje jako konferansjer. Ojciec Ady, dziadek Tomka, facet Dominiki, przyjaciel … wielu. Autor tomików poezji „Kochałem niebo”, „Modlitwa NN”, „Lament”, „Czecholada”, pisze teksty do zespołu Czarna Syrena oraz solowego projektu „HellinSky”. Prezes Stowarzyszenia Fundus Glacensis. Przekroczył magiczny 1000 – występów na scenie, zorganizowanych imprez, napisanych tekstów, zrobionych zdjęć, przeczytanych książek, poznanych ludzi, spotkanych kobiet, litrów łez, godzin śmiechu, kilometrów podróży. Ma za sobą pierwszy milion - pieniędzy pozyskanych na projekty dla młodzieży.

dsc 0026.dsc 0229.dsc 0640.

.


dolny slask_sponsor1



"Podróżować znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie." - Andrzej Stasiuk